poniedziałek, 18 października 2010

Notatki z wykładów

Planowanie rozwoju lokalnego i regionalnego. Godzina 12:OO.
45 minut wykładu, 9O minut ćwiczeń. Następnie 9Ominutowe seminarium. Wszystko z jednym doktorem. Do 16:3O.
Na określenie tego maratonu tylko jedno słowo przychodzi mi na myśl. To słowo to masakra!
           Nie chodzi mi o to, że przedmiot jest nieciekawy, bo nie jest. Nie w tym rzecz, że wykładowca jest niesympatyczny. Jest sympatyczny. Lubi studentów i oni jego też. To jeden  z najmilszych wykładowców jakich znam.
Ale, niestety, brak panu doktorowi charyzmy.
           O ile pierwsze 45 minut daje się redę słuchać, o tyle następne minuty to walka ze snem i znudzeniem. Studentów z marazmu jest wówczas w stanie wyrwać tylko jedno hasło -  przerwa.
          Taka, pozbawiona barw, jest większość wykładów.
Ale nie wszystkie.
W tym semestrze po raz pierwszy doznałam objawienia. Polegało ono na tym, iż przekonałam się, że 90minutowy wykład może zlecieć w oka mgnieniu.
Ponad siedemdziesięcioletni profesor w białym garniturze, różowym krawacie i butach na koturnach już po 5 minutach stał się ulubieńcem całego roku.
Wykłada swój przedmiot z taką pasją i  entuzjazmem jakich nie widziałam u innych wykładowców.
Urozmaica to anegdotkami o znanych politykach światowego formatu i przeplata z, nie zawsze politycznie i religijnie poprawnymi, dowcipami. No i rozbroił nas wszystkich rzuconym na koniec zajęć pożegnaniem: „ Spotykamy się na następnym zjeździe. O ile dożyję.”
  Niesamowicie szybko, zabawnie i bezstresowo mijają także ćwiczenia z młodym doktorem; prywatnie właścicielem gigantycznego ADHD :)
Preferuje on dokładnie mój ulubiony rodzaj humoru – polityczny i często robi sobie żarty z polityków. I tych z lewa, i tych z prawa.
Doktor bardziej przypomina wyluzowanego, nonszalanckiego „kolesia”  z roku, niż wykładowcę, który ma nam dać zaliczenie na koniec semestru.
No i oczywiście on jest numerem 2 w rankingu na najbardziej zakręconego, zajmującego wykładowcę.
Obu tych wykładowców coś łączy – to charyzma, poczucie humoru i przeświadczenie, że student też człowiek
:)
W tym naszym rankingu są niestety tylko dwie pozycje.
Reszta nauczycieli akademickich, chociaż nie wiem jakby ciekawy przedmiot wykładała, jest po prostu nudna.
Mniej lub bardziej sympatyczni; mniej lub bardziej utytułowani naukowo; młodsi czy starsi – nie ważne – po prostu nudni.
Tocząc nierówną walkę ze snem na kolejnym wykładzie monograficznym chciałoby się krzyknąć: Boże, obdarz tych wszystkich wykładowców charyzmą i poczuciem humoru. Amen.







2 komentarze:

  1. Moi wykładowcy byli chyba jednak specyficzni... A może po prostu inni niż Twoi?
    Bo ja ich poczucie humoru wspominam jednak głównie z niesmakiem: co z tego, że doktor rzuca jak z rękawa dowcipami, jeśli niewiele rozumiem z wykładu?
    Charyzma, owszem w cenie, człowieka, który dobrze się czuje przemawiając do ludzi i przekazując wiedzę, słucha się po prostu łatwiej.
    Najlepiej jednak wspominam te wykłady, w których o coś chodziło. Te, które swoją treść miały jakoś ukonkretnioną. Świetnie się słuchało praktyków oraz ludzi, którzy (co się czuło) byli swoją dziedziną żywo zainteresowani. I to chyba jest ta pasja, o której piszesz.

    Dziś ja jestem w pewnym sensie "po drugiej stronie katedry" i... pasję zdecydowanie mam. Ale widzę, że to nie wystarcza... i szukam tego "czegoś więcej", czego mi jeszcze brakuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. cóż taki urok studiów,

    OdpowiedzUsuń