wtorek, 3 stycznia 2012

Opowiadanie


     Zapewne wiecie o mojej fascynacji słowem pisanym. Jeśli nie, to właśnie się dowiedzieliście. Ale nie o tym chciałam; no może nie całkiem nie o tym…
     Jeśli chodzi o mnie i o książki to nie mam ulubionego rodzaju książki. Lubię i dość wymagającego w czytaniu Coelho i lekką i przyjemną Szwaję. Horrory i powieści okraszone humorem. Nie przepadałam jednak za opowiadaniami. Kilka przeczytanych mnie dość skutecznie zniechęciło, gdyż zazwyczaj w takim zbiorze jest jedno dobre i kilka do niczego. Tak na przykład było z „Niezwykłym uczuciem spadania” czy „Molekułami emocji”.  Bez większego więc entuzjazmu zajęłam się lekturą „Marzycielki z Ostendy” Erica – Emmanuela Schmitta. Po przeczytaniu pierwszego z opowiadań byłam przekonana, że oto jedyne dobre opowiadanie mam za sobą. Po przeczytaniu drugiego nie mogłam doczekać się kiedy rozpocznę kolejne i tak do końca. Przy czym ostatnie „Kobieta z bukietem” podobało mi się najbardziej. Podobało to zbyt mało powiedziane. Zachwyciło mnie; historia chwytająca za serce, ale też dająca do myślenia, bez jednoznacznego zakończenia. Super.
     Na książki Schmitta natknęłam się przypadkiem, ot będąc w bibliotece, wzięłam książkę w rękę – niezły tytuł (był to „Ulisses z Bagdadu”), ciekawa okładka (tak, tak – często oceniam książki po okładce). Podejścia do „Ulissesa…” były 2. Pierwsze kilka rozdziałów nie zrobiło na mnie większego wrażenia i nie miałam ochoty na więcej. Ale po pewnym czasie, Dy skończyło mi się wszystko inne co miałam do przeczytania wróciłam do Schmitta. Rzadko wracam do niedokończonych książek, ale akurat byłam na głodzie ;) zaczęłam od miejsca gdzie poprzednio skończyłam, przebrnęłam przez kilkanaście stron, a później nie mogłam się oderwać.
     Tak więc Wam polecam na początek „Marzycielkę z Ostendy”, a ja tymczasem oddalę się w kierunku biblioteki w poszukiwaniu innych książek francuskiego pisarza.

2 komentarze: