wtorek, 26 października 2010

Motywator potrzebny od zaraz!

        Mogłabym przeczytać książkę o demokracji. Mogłabym zacząć pisać pracę licencjacką. Mogłabym przygotować prezentację z marketingu politycznego.
Mogłabym, gdyby mi się tylko chciało.
Gdybym tak znalazła jakiś porządny motywator  …

        Znajduję same anty motywatory – bo włosy mi się nie układają, bo nie chodzę po mieście z Perwollem, w związku z tym nie spotkam nigdy księcia z bajki w pięknej czarnej koszuli, bo mamy w Polsce Jarosława K., bo jest efekt cieplarniany, bo mam masę problemów, bo nie pojadę na Targi Książki…

        Nie wiem, może to moje nie – chcenie spowodowane jest barową pogodą (do baru też mi się nie chce iść), przesileniem jesiennym, a może po prostu zniechęceniem do wszystkiego. Bywają dni, kiedy nawet mrugać mi się nie chce.

        Mam nadzieję, że już niedługo zacznie mi się chcieć i to zwierzę co się we mnie obudziło, a jest to niewątpliwie leniwiec znowu zapadnie w sen (może zimowy?). Bo przecież dalej tak być nie może – książki same się nie przeczytają, prezentacje nie zrobią, pytania nie opracują, a praca nie napisze.

poniedziałek, 25 października 2010

Co by było gdyby...


        Dziś coś z podwórka Szymona Hołowni.
Jakby wyglądał nasz świat, gdyby Ewa nie dała się skusić, gdyby Bóg nie wypędził ludzi z raju?
Nie zaznawalibyśmy cierpienia, żyli w harmonii z naturą (jedlibyśmy zwierzątka, czy wszyscy bylibyśmy wegetarianami?), chodzilibyśmy sobie po Edenie nie martwiąc się, że „znowu nie mam co na siebie włożyć”.
Hm, a czy w Raju mieliby co robić naukowcy, wynalazcy, pisarze?
 Czy  Edison wynalazłby żarówkę, betoniarkę , lodówkę , płytę gramofonową; Bell telefon, a Disney narysowałby Myszkę Miki? Czy byłby tam football, książki…
Moja wyobraźnia nie jest, niestety, w stanie sobie wyobrazić świata bez kofeiny, literatury, muzyki, fastfoodów i sportu. A tak chyba on by wyglądał, gdyby Ewa miała więcej samokontroli i asertywności. Nie byłoby chorób, wojen cierpienia – rewelacja (hm, nie byłoby też pewnie świątyń)!   Ale z drugiej strony byłoby chyba śmiertelnie nudno… No bo ile można łazić po ogrodzie?
Tak to wygląda z mojej perspektywy – człowieka XXI wieku. Gdybyśmy jednak nigdy nie byli zmuszeni do opuszczenia Raju, nie zaznali bólu, udręki siły pieniądza bylibyśmy inni mentalnie i pewnie w każdy inny możliwy sposób. I, kurka wodna, zapewne nie potrzebowaliśmy tego wszystkiego, bez czego dziś nie jesteśmy w stanie się obejść…
Ja nie jestem w stanie tego ogarnąć. Przynajmniej nie teraz...

         

poniedziałek, 18 października 2010

Notatki z wykładów

Planowanie rozwoju lokalnego i regionalnego. Godzina 12:OO.
45 minut wykładu, 9O minut ćwiczeń. Następnie 9Ominutowe seminarium. Wszystko z jednym doktorem. Do 16:3O.
Na określenie tego maratonu tylko jedno słowo przychodzi mi na myśl. To słowo to masakra!
           Nie chodzi mi o to, że przedmiot jest nieciekawy, bo nie jest. Nie w tym rzecz, że wykładowca jest niesympatyczny. Jest sympatyczny. Lubi studentów i oni jego też. To jeden  z najmilszych wykładowców jakich znam.
Ale, niestety, brak panu doktorowi charyzmy.
           O ile pierwsze 45 minut daje się redę słuchać, o tyle następne minuty to walka ze snem i znudzeniem. Studentów z marazmu jest wówczas w stanie wyrwać tylko jedno hasło -  przerwa.
          Taka, pozbawiona barw, jest większość wykładów.
Ale nie wszystkie.
W tym semestrze po raz pierwszy doznałam objawienia. Polegało ono na tym, iż przekonałam się, że 90minutowy wykład może zlecieć w oka mgnieniu.
Ponad siedemdziesięcioletni profesor w białym garniturze, różowym krawacie i butach na koturnach już po 5 minutach stał się ulubieńcem całego roku.
Wykłada swój przedmiot z taką pasją i  entuzjazmem jakich nie widziałam u innych wykładowców.
Urozmaica to anegdotkami o znanych politykach światowego formatu i przeplata z, nie zawsze politycznie i religijnie poprawnymi, dowcipami. No i rozbroił nas wszystkich rzuconym na koniec zajęć pożegnaniem: „ Spotykamy się na następnym zjeździe. O ile dożyję.”
  Niesamowicie szybko, zabawnie i bezstresowo mijają także ćwiczenia z młodym doktorem; prywatnie właścicielem gigantycznego ADHD :)
Preferuje on dokładnie mój ulubiony rodzaj humoru – polityczny i często robi sobie żarty z polityków. I tych z lewa, i tych z prawa.
Doktor bardziej przypomina wyluzowanego, nonszalanckiego „kolesia”  z roku, niż wykładowcę, który ma nam dać zaliczenie na koniec semestru.
No i oczywiście on jest numerem 2 w rankingu na najbardziej zakręconego, zajmującego wykładowcę.
Obu tych wykładowców coś łączy – to charyzma, poczucie humoru i przeświadczenie, że student też człowiek
:)
W tym naszym rankingu są niestety tylko dwie pozycje.
Reszta nauczycieli akademickich, chociaż nie wiem jakby ciekawy przedmiot wykładała, jest po prostu nudna.
Mniej lub bardziej sympatyczni; mniej lub bardziej utytułowani naukowo; młodsi czy starsi – nie ważne – po prostu nudni.
Tocząc nierówną walkę ze snem na kolejnym wykładzie monograficznym chciałoby się krzyknąć: Boże, obdarz tych wszystkich wykładowców charyzmą i poczuciem humoru. Amen.







środa, 6 października 2010

Odpowiedzialność



Do popełnienia tego wpisu popchnęła mnie wiadomość, że od 8 listopada będzie w sprzedaży nowa książka Szymona Hołowni.
Mój tok rozumowania, może nieco pokrętny, wyglądał następująco:
wreszcie tyle czasu wyczekiwana książka – super! -> Hm, jeśli ja mam takiego kręćka na punkcie wszystkiego co hołowniane (a mam!), to pewnie są tacy, którzy  reagują na Dodę, czy (o zgrozo) Jolę Rutowicz tak jak ja na Szymona…
 I tu przestało mi się podobać.
Ludzie, szczególnie młodzi, podatni na wpływy, szukają autorytetów. Jeśli znajdują je w mądrych, ułożonych osobach to jest super, ale jeśli przykład biorą z artystów palących publicznie Biblię, takich, którzy IQ mają sporo poniżej przeciętnej, czy w inny sposób powykręcanych to ja się boję.
Boję się o nich i boję się o wygląd naszego kraju, gdy to pokolenie już dorośnie.
Bo czego może nauczyć swoją postawą bądź twórczością Nergal, Jola Rutowicz, Justin Bieber czy Hannah Montana? No mnie się wydaje, że niczego.
A to na takich „gwiazdkach” dzieciaki, młodsze i starsze, się wzorują. Bo oni są na topie, ich styl jest lekki, łatwy i przyjemny. A wszyscy chcemy, żeby było nam w życiu fajnie. Tylko, że ja wolę, żeby mi było fajnie w sposób, który pokazuje mi np. Szymon Hołownia, a nie w sposób szerzony przez, dajmy na to, Paris Hilton.
Autorytety należy sobie wybierać mądrze. Tyle, że do mądrego wyboru trzeba dorosnąć. Jest super, gdy 13, 14-latkowie obierają sobie za wzór  Owsiaka, Dalajlamę czy papieża. Jednak większość dzieciaków woli wulgarnego hip-hopowca, czy pannę znaną z tego, że jest znana.
Wkurza mnie motto życiowe  niektórych sław : „nie ważne co mówią, ważne, żeby nazwiska nie przekręcili”. Otóż przede wszystkim istotne jest to co mówią, a to zależne jest tylko od postępowania tychże sławnych ludzi.
Jakże cudownie byłoby, gdyby ludzie słynni  z rozkładówek kolorowych czasopism, czy przeróżnych portali plotkarskich czasem zastanowili się nad sobą i wzięli odpowiedzialność za to, co sobą reprezentują!