4 września 1999. Gdzie jest Łukasz Maciejewski? To pierwsze zdanie w moim pamiętniku odnalezionym na dnie szuflady w moim starym pokoju w domu rodziców.
Przeglądając stare szpargały sprzed ładnych kilku lat natrafiłam na kilka ciekawych znalezisk z czasów, kiedy jeszcze byłam uczennicą szkoły podstawowej i pierwszej klasy liceum. Stare wypracowania, referaty, notes z podpisami wszystkich koleżanek, kolegów i nauczycieli z podstawówki. No i pamiętnik. Czytając go czułam się dziwnie, może nawet byłam trochę zawstydzona, jakbym czytała coś, co nie należy do mnie. Niemniej odbyłam podróż w czasie, cofnęłam się o 13 lat, znów byłam 14-letnią Darią. Jakże zabawne wydają mi się dziś moje ówczesne ogromne problemy. Co wtedy było katastrofą dziś budziło mój (czasem drwiący) uśmiech. Przyznam też szczerze, że sporo wydarzeń w ogóle uleciało mi z pamięci i miałam problem, żeby je odtworzyć w głowie.
Po przeczytaniu całego pamiętnika (obejmował mniej więcej rok) uśmiech przez ładnych parę godzin nie schodził mi z twarzy. Przypomniałam sobie również, że nieco później pisałam pamiętnik w wersji elektronicznej – podjęłam nawet poszukiwania, jednak po niezbyt długim czasie zaniechałam ich. Dziś raczej nie miałabym możliwości odczytania mojego dziennika z dyskietki 3,5 cala.
Mniej więcej w tym samym czasie robiąc porządki u siebie w mieszkaniu, natrafiłam na kartkę z rysunkiem wykonanym ręką może 5 letniego dziecka. Bez wątpienia szkic maszyn rolniczych został sporządzony przez mojego (dziś 23-letniego) brata. Kartka zawieruszyła się w papierach należących do babci.
Nie macie pojęcia jak takie znaleziska, czy to stare pamiętniki i wypracowania, czy rysunki mogą człowiekowi poprawić humor i sprawić, że przez chwilę znów czuje się jak dziecko.
niedziela, 15 stycznia 2012
piątek, 13 stycznia 2012
Gdzie ten kryzys ?
Kryzys – to słowo budzi grozę nie tylko wśród analityków finansowych i maklerów z Wall Street, ale także wśród zwykłych śmiertelników. Wszyscy wszędzie mówią o kryzysie. A ja się zastanawiam czy Wy go widzieliście? Bo ja nie miałam okazji.
Nie było go przed świętami w hipermarketach i galeriach. W okresie świąteczno – noworocznym nie widziałam go klubach i restauracjach.
W tym tygodniu nie spotkałam go w galerii handlowej ani w kinie.
Wszędzie pełno ludzi – kolejki w marketach, w sklepach spożywczych, w barach szybkiej obsługi. Problem z zarezerwowaniem biletu do kina – brak wolnych miejsc. W centrach handlowych w godzinach popołudniowych tabuny ludzi obładowane naręczem toreb ze wszystkich możliwych butików. No cóż, to mi nie wygląda na wielki kryzys, ani nawet na mały. Jesteśmy społeczeństwem konsumpcyjnym, to fakt. Ale w obliczu kryzysu chyba nie bawilibyśmy się w klubach, nie jadali w restauracjach, nie spędzali miłego popołudnia w kawiarni, a wieczoru w kinie...
W tym tygodniu nie spotkałam go w galerii handlowej ani w kinie.
Wszędzie pełno ludzi – kolejki w marketach, w sklepach spożywczych, w barach szybkiej obsługi. Problem z zarezerwowaniem biletu do kina – brak wolnych miejsc. W centrach handlowych w godzinach popołudniowych tabuny ludzi obładowane naręczem toreb ze wszystkich możliwych butików. No cóż, to mi nie wygląda na wielki kryzys, ani nawet na mały. Jesteśmy społeczeństwem konsumpcyjnym, to fakt. Ale w obliczu kryzysu chyba nie bawilibyśmy się w klubach, nie jadali w restauracjach, nie spędzali miłego popołudnia w kawiarni, a wieczoru w kinie...
Więc niezmiernie mnie ciekawi gdzież się podziewa bohater serwisów informacyjnych, bo w moim mieście jakoś go nie zauważyłam.
wtorek, 3 stycznia 2012
Opowiadanie
Zapewne wiecie o mojej fascynacji słowem pisanym. Jeśli nie, to właśnie się dowiedzieliście. Ale nie o tym chciałam; no może nie całkiem nie o tym…
Jeśli chodzi o mnie i o książki to nie mam ulubionego rodzaju książki. Lubię i dość wymagającego w czytaniu Coelho i lekką i przyjemną Szwaję. Horrory i powieści okraszone humorem. Nie przepadałam jednak za opowiadaniami. Kilka przeczytanych mnie dość skutecznie zniechęciło, gdyż zazwyczaj w takim zbiorze jest jedno dobre i kilka do niczego. Tak na przykład było z „Niezwykłym uczuciem spadania” czy „Molekułami emocji”. Bez większego więc entuzjazmu zajęłam się lekturą „Marzycielki z Ostendy” Erica – Emmanuela Schmitta. Po przeczytaniu pierwszego z opowiadań byłam przekonana, że oto jedyne dobre opowiadanie mam za sobą. Po przeczytaniu drugiego nie mogłam doczekać się kiedy rozpocznę kolejne i tak do końca. Przy czym ostatnie „Kobieta z bukietem” podobało mi się najbardziej. Podobało to zbyt mało powiedziane. Zachwyciło mnie; historia chwytająca za serce, ale też dająca do myślenia, bez jednoznacznego zakończenia. Super.
Na książki Schmitta natknęłam się przypadkiem, ot będąc w bibliotece, wzięłam książkę w rękę – niezły tytuł (był to „Ulisses z Bagdadu”), ciekawa okładka (tak, tak – często oceniam książki po okładce). Podejścia do „Ulissesa…” były 2. Pierwsze kilka rozdziałów nie zrobiło na mnie większego wrażenia i nie miałam ochoty na więcej. Ale po pewnym czasie, Dy skończyło mi się wszystko inne co miałam do przeczytania wróciłam do Schmitta. Rzadko wracam do niedokończonych książek, ale akurat byłam na głodzie ;) zaczęłam od miejsca gdzie poprzednio skończyłam, przebrnęłam przez kilkanaście stron, a później nie mogłam się oderwać.
Tak więc Wam polecam na początek „Marzycielkę z Ostendy”, a ja tymczasem oddalę się w kierunku biblioteki w poszukiwaniu innych książek francuskiego pisarza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)